Robert.Tosik@ymail.com
Robert Tosik
Galeria
Galeria kick-boxing | prasa
cIEkaWOsTki
WARSZAWA | Miasto Feniksa - Semper Invicta
P R A G A zone
P R A G A best foto
nOwa & sTara WAWA
WALKA Z WROGAMI | 2WŚ | Niemcy | UPA | Snajperzy
DRUGA STRONA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO | INNE SPOJRZENIE
POLSCY BOHATERZY podczas II Wojny Światowej | A gdyby...
Wojna Polsko-Ruska 1919-1920 | 2-ch Amerykanów | Polska-Ukraina
Stratfor | SEKCJA45.
HOŁD PRUSKI
HOŁD RUSKI
POCZĄTEK KOŃCA
Zawissius Niger
Blumer - polski pirat
POLACY | Gladiatorzy BOKSU
Niedźwiedzie - Żołnierze
MIXXXX zone
ROCZNIK STRATEGICZNY
SIN CITY
Star Wars
Indiana Jones
III Wojna Światowa - nowy porządek
Foto - duży format


ROCZNIK STRATEGICZNY

ROCZNIK STRATEGICZNY 2009/2010
Rocznik Strategiczny to ukazujący się od 1996 r. periodyk, którego zadaniem jest analiza i ocena środowiska międzynarodowego Polski, ze szczególnym uwzględnieniem kluczowych z polskiego punktu widzenia zagadnień politycznych, wojskowych i gospodarczych, przedstawianych zarówno w aspekcie globalnym, regionalnym, jak i lokalnym.

W jego przygotowaniu uczestniczy zespół autorów złożony z pracowników polskich i zagranicznych ośrodków naukowych i analitycznych (m.in. Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, Akademii Obrony Narodowej, Centrum Stosunków Międzynarodowych, Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych IFRI,  Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem SIPRI) oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Poniżej przedstawiam tekst opublikowany w Roczniku Strategicznym 2009/2010 autorstwa redaktora naczelnego RS prof. Romana Kuźniara z ISM Uniwersytetu Warszawskiego - autorytetu w dziedzinie nauk politycznych, wybitnego znawcy stosunków międzynarodowych, dyplomaty, politologa. Prof. Kuźniar piastował stanowisko dyrektora PISM, był przedstawicielem RP przy ONZ, dyrektorem AD MSZ, jest członkiem KNP PAN, doradcą MON Bogdana Klicha, oraz doradcą Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.

Publikacja stanowi o sytuacji politycznej RP w stosunkach międzynarodowych, o sytuacji na arenie międzynarodowej, oraz o szeroko pojętej sytuacji politycznej w Polsce. Podzielam w pełni opinię profesora Kuźniara.

 
Wprowadzenie
 
8 lutego 2010 zmarł Profesor Krzysztof Skubiszewski, pierwszy minister spraw zagranicznych III RP i zarazem największy minister spraw zagranicznych odrodzonej
Polski, to znaczy od 1918 r. Profesor Skubiszewski miał szczęście, że trafił na
swój czas, ale też – jak powtarzał Ludwik Pasteur – „szczęście sprzyja przygotowanym”.
Okazał się bowiem wyjątkowo dobrze przygotowany do odegrania swojej historycznej
roli. Był kluczową postacią w procesie odzyskiwania suwerenności przez
Polskę w pierwszych latach po 1989 r. Suwerenność była znakiem i główną zasadą
jego myślenia i działania jako ministra spraw zagranicznych Rzeczpospolitej.
Ujawniło się to już w czasie jego pierwszego wystąpienia publicznego, kilkanaście
dni po zaprzysiężeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego1. Przemawiając na 44. Sesji
Zgromadzenia Ogólnego NZ, 25 września 1989 r. minister Skubiszewski potępił
pakt Ribbentrop–Mołotow jako nieważny od samego początku oraz porozumienia
jałtańskie i zapowiedział, że będzie „mocno opierać polską politykę zagraniczną na
podstawach zewnętrznej suwerenności i wewnętrznej niepodległości”2 .
Suwerenność miała być fundamentem całkowicie nowej polityki zagranicznej
Polski, miała być fundamentem polityki polskiej w ogóle3. Odzyskiwaniu suwerenności
towarzyszyło budowanie całkowicie nowych stosunków i podejścia na
wszystkich głównych kierunkach polityki zagranicznej RP. Przejawiło się to w całościowym
uregulowaniu stosunków polsko-niemieckich i stworzeniu traktatowych
podstaw „polsko-niemieckiej wspólnoty interesów w jednoczącej się Europie”,
w uregulowaniu stosunków z naszymi nowymi sąsiadami od wschodu, w tym relacji
opartych na suwerenności i równoprawności z Rosją (wcześniej rozwiązanie UW
i RWPG), zawarciu układu o stowarzyszeniu ze Wspólnotami Europejskimi, które
zapoczątkowywały proces przystępowania Polski do UE, pierwszych kontaktach
z NATO obliczonych na uzyskanie członkostwa w Sojuszu, wykreowaniu Europy
Środkowej (Grupy Wyszehradzkiej) jako odrębnego bytu geopolitycznego odróżniającego
kraje regionu od masy spadkowej po bloku sowieckim. Bez Krzysztofa
Skubiszewskiego nie byłoby też Trójkąta Weimarskiego, który stanowił ważny wyraz
dyplomatycznego uprzywilejowania Polski w tej części Europy w trudnych latach
przełamywania zimnowojennego podziału na starym kontynencie.
 
1 T. Mazowiecki, Był dla mnie darem, „Gazeta Wyborcza” („GW”) z 22 lutego 2010 r. (mowa pożegnalna premiera T. Mazowieckiego wygłoszona w katedrze warszawskiej, 18 lutego 2010 r.).
2 K. Skubiszewski, Polityka zagraniczna i odzyskanie niepodległości. Przemówienia, oświadczenia, wywiady 1989–1993, Interpress, Warszawa 1997, s. 21.
3 R. Kuźniar, Suweren. Pamięci Profesora Krzysztofa Skubiszewskiego, „Polski Przegląd Dyplomatyczny”, styczeń–luty 2010.
 
Krzysztof Skubiszewski zapewnił także suwerenność swojej polityce zagranicznej
wobec zamętu, napięć i nieustannych przesileń w polityce wewnętrznej.
Przypomnijmy, że w ciągu pierwszych czterech lat po 1989 roku mieliśmy cztery
rządy, w których nieprzerwanie sprawował swą funkcję. On sam nie reprezentował
żadnej partii politycznej ani żadnego środowiska towarzysko-politycznego.
Nie był związany żadnymi partyjno-ideologicznymi powinnościami. Służył tylko
Polsce. Jego suwerenna osobowość, styl bycia i myślenia, charyzma i kompetencja
uchroniły politykę zagraniczną od zainfekowania konsekwencjami wewnętrznych
politycznych wojenek czy nacjonalistyczno-sarmackimi tendencjami obecnymi
wtedy i później w życiu politycznym Trzeciej RP, a które próbowały się wedrzeć
także na obszar polityki zagranicznej. Zapewnił również polityce zagranicznej klarowną
sytuację w systemie decyzyjnym państwa. Nie było wtedy problemu kompetencji
w tej dziedzinie polityki państwa, problemu, którego przejawy tak bardzo nas
dzisiaj żenują. Nie szczędzono Mu oszczerstw, zarzutów, także najpodlejszego, dobrze
w Polsce znanego gatunku. Na będące efektem politycznej paranoi wychodzące
z kręgów rządzących oskarżenia o agenturalne związki z KGB (rzucone w 2006 r.
wobec ministrów spraw zagranicznych wolnej RP) nie potrafił zareagować żaden
polityk (prezydent, premier czy jakikolwiek minister lub marszałek) samozwańczej
Czwartej RP. Imperatyw wielkości, jakiej się domagał w polityce polskiej, respektowania
imponderabiliów, którym na imię honor i szacunek, dla siebie samego i dla
innych, jest zadaniem, które pozostawił swoim następcom i nam wszystkim.
 
Ostatnie kilkanaście miesięcy upłynęło pod znakiem zmagania się z następstwami
głębokiego załamania finansowego w USA, które rozprzestrzeniło się szybko
po całym niemal świecie i pociągnęło za sobą recesję lub kryzys gospodarczy.
Negatywne zjawiska gospodarcze w dalece nierównym stopniu dotknęły różne
duże państwa i regiony. Kryzys 2008 roku przyspieszył i uwidocznił zmianę układu
sił, która dokonywała się do tej pory niemal bezszelestnie od kilku czy kilkunastu
lat. O ocenę kierunku i głębokości zmiany „Rocznik Strategiczny” poprosił
kilku wybitnych znawców różnych dziedzin polityki zagranicznej i stosunków
międzynarodowych: szefa sztabu Wojska Polskiego gen. Franciszka Gągora,
prof. Edwarda Haliżaka, prof. Witolda Orłowskiego, prof. Henryka Szlajfera, byłego
prezesa Centrum Stosunków Międzynarodowych Eugeniusza Smolara i prezesa
Centrum demosEUROPA Pawła Świebodę. Ich ocena jest jednoznaczna: świat
ruszył, kierunek ruchu jest widoczny, ale nie należy oczekiwać szybkich przełomów.
Quasi-hegemonia Zachodu i Stanów Zjednoczonych dobiegła końca, ale –
inaczej niż w lekkoatletycznej sztafecie – nikt jeszcze nie jest gotowy „dać zmiany”
Zachodowi. Przewaga strategiczna i technologiczna nadal do niego należy. Upadła
wiara w wyższość jego modelu rozwojowego, a pod względem wielkości produkcji
gospodarczej reszta świata zaczyna się zrównywać z Zachodem, tendencje rozwojowe
zaś wskazują, że w najbliższych latach Chiny i Azja Wschodnia wysuną się
pod tym względem zdecydowanie na czoło.
 
Pogrążone w głębokim kryzysie finansowo-gospodarczym i moralnym, niezdolne
do niezbędnych reform wewnętrznych Stany Zjednoczone straciły zdolność przywódczą.

Skala problemów przerasta administrację Baracka Obamy (żadna inna administracja
nie byłaby w stanie zdziałać więcej) i on sam będzie musiał zapłacić
cenę tego w kolejnych wyborach prezydenckich; wcześniej demokraci poniosą straty
w wyborach stanowych oraz do Kongresu i Senatu. Trudno przewidzieć, kiedy
Ameryka odzyska zdolność do wywarcia pozytywnego wpływu na rozwiązywanie
problemów międzynarodowych. Zajęta sama sobą, pozbawiona dotychczasowych
środków materialnych i soft power, może zaznaczać swą obecność w świecie jedynie
w sferze militarnej. Prezydent Obama i jego administracja przejęli po poprzednikach
wiarę w możliwość militarnego rozstrzygnięcia konfliktu w Afganistanie,
co prowadzi do zaostrzenia walk i powiększania wielkości strat. Na szczęście, nie
mają skłonności swych poprzedników, aby postrzegać problemy międzynarodowe
jak wystające gwoździe, które należy rozwiązywać za pomocą młotka. Za sprawą
USA w operację w Afganistanie jest uwikłany Sojusz Atlantycki, który nie powinien
być angażowany w tego rodzaju konflikty. Państwa NATO są bezpieczne – nie widać
na horyzoncie tradycyjnych zagrożeń. Poza wojną w Afganistanie, wobec której
dowodzony przez USA Sojusz nie był w stanie zająć autonomicznego wobec amerykańskich
wojskowych stanowiska, pewnym ożywieniem i być może szansą na określenie
jego tożsamości w nowych warunkach jest praca nad nową koncepcją strategiczną
NATO. Pomimo sukcesu, jakim było doprowadzenie do ratyfikacji Traktatu
Lizbońskiego, Unia Europejska, która, jak się zdawało, lepiej przechodziła kryzys
wywołany przez Amerykę, nie potrafiła wykorzystać szansy na pokazanie się w roli
jednej z kilku globalnych potęg. Oprócz niezdolności kluczowych państw do stanowczych
działań uzdrawiających gospodarkę i zaskakującego zagrożenia dla euro
na skutek wielkiego greckiego państwowego oszustwa finansowego, w nadmiarze
ujawniły się narodowe partykularyzmy. Skłoniło to niektórych do przedwczesnego
„spisywania” UE na straty i ogłaszania narodzin G-2, czyli chińsko-amerykańskiego
kondominium. „Chimeryka” (bardziej chimera niż pakt dwóch) nie będzie rządzić
światem, ale to nie może być pocieszeniem dla UE, która obsadą „lizbońskich”
stanowisk zdaje się pokazywać, że jej kraje członkowskie nie widzą Unii jako „globalnego
gracza”, gdyby miało się to stać kosztem ich ambicji czy swobody manewru.
Z drugiej strony Chiny, które są głównym beneficjentem zapaści USA i Zachodu,
jeszcze długo nie będą gotowe do przejęcia roli, jaką Ameryka odgrywała od II wojny
światowej. Wygląda na to, że świat wszedł w okres interregnum bez globalnego
regenta. Widać to było wyraźnie przy okazji wielkich spotkań na forum ONZ,
G-20 czy globalnej konferencji w sprawie ochrony klimatu w Kopenhadze: zabrakło
Ameryki lub Zachodu, aby przeforsować korzystne także dla świata rozwiązania.
Jedyną pociechą w tej sytuacji jest brak problemów, które mogłyby zdestabilizować
współczesny porządek międzynarodowy i zepchnąć go z obecnego stanu
atrofii silnego, mocarstwowego lub instytucjonalnego, przywództwa w anarchię,
z której droga wiodłaby w stronę nowego globalnego konfliktu lub pozamilitarnej
konfrontacji. Nie da się jednak powiedzieć, jak długo potrwa i czym zakończy się
owo kruche interregnum.
 
Polska nieoczekiwanie dobrze radziła sobie z kryzysem gospodarczym. Przyjemnie
było konstatować zaskoczenie, zdziwienie, wyraz uznania i niedowierzania ze strony
zachodnich analityków czy komentatorów. Niektóre tytuły gazet mogły przyprawić
o zawrót głowy. Niegdysiejsza polnische Wirtschaft mogłaby być dzisiaj
wzorem dla Niemców (moim niemieckim kolegom w prywatnych rozmowach sugerowałem,
aby „Niemcy w końcu wzięli się do roboty…”) i innych krajów Europy
Zachodniej. Byliśmy jedynym krajem UE, który w 2009 roku zanotował dodatnią
stopę wzrostu4. Wszystkie inne kraje Unii miały ujemne, kilkuprocentowe stopy
wzrostu, a za naszą wschodnią granicą najgorzej radziła sobie Ukraina. Wyniki
Polski były tak dobre, że nie wszyscy w naszym kraju potrafili się z tym pogodzić;
chodzi o opozycję polityczną i związanego z nią prezydenta. Niemal dwuprocentowa
stopa wzrostu stanowiła w tych warunkach niezaprzeczalne osiągnięcie (oznaczała
jednak m.in. wzrost bezrobocia), choć nie do końca było wiadomo dlaczego.
Samozadowolenie rządu mogło w tej sytuacji działać usypiająco i utrudnić podejmowanie
reform, które zapewniłyby znacznie wyższą i możliwą do osiągnięcia stopę
wzrostu przez kolejną dekadę. Uwikłanie w bieżącą politykę oraz systematyczne
sabotowanie reformatorskich pomysłów przez prezydenta wyraźnie osłabiło zapał
rządu. Rząd zdawał się czekać na zmianę na stanowisku prezydenta. Godna uznania
w tej perspektywie była decyzja pewnego faworyta w jesiennych wyborach prezydenckich
premiera Donalda Tuska, który postanowił zrezygnować z ubiegania
się o prezydenturę. Jak można rozumieć, premier chce w ten sposób stworzyć korzystną
dla reform sytuację polityczno-prawną na następnych kilka lat. Chodzi tutaj
między innymi o wprowadzenie Polski do strefy euro. Przez stosunkowo sprawne
zarządzanie i administrowanie państwem nie przebijała się jednak strategiczna wizja
rozwoju Polski i jej miejsca w Europie. Jedynym i bardzo ambitnym przedsięwzięciem
tego rodzaju był przygotowany pod kierunkiem ministra Michała
Boniego raport Polska 2030. Ideę raportu i zawarte w nim rekomendacje minister
Boni przedstawia w pierwszej części naszego „Rocznika”. Otwarte pozostaje pytanie,
w jakiej mierze ten raport stanie się podstawą systematycznej polityki rządu
(rządów) w następnych latach i czy nie podzieli na przykład losu analogicznego
raportu – Narodowego Programu Rozwoju przygotowanego pod kierunkiem wicepremiera
Jerzego Hausnera w rządzie premiera Marka Belki (2005)5. „W naszym
życiu publicznym dominuje gadulstwo, natomiast nie podejmuje się ważnych tematów
dotyczących jutra. To wszystko osłabia Polskę”, pisał prezes PAN prof. Michał
Kleiber. Prof. Kleiber wskazuje na cztery czynniki kluczowe dla myślenia o przyszłości.
Po pierwsze, stały wysiłek rozpoznawania megatrendów rozwojowych obserwowanych
na świecie. Po drugie, myślenie o optymalizowaniu zasad funkcjonowania
 
4 K. Niklewicz, L. Baj, Polska, lider Europy, „GW” z 29–30 sierpnia 2009 r.; M. Wójcik, Nie do wiary.
Jesteśmy najlepsi w całej Europie, „Dziennik – Gazeta Prawna” („DGP”) z 29–30 sierpnia 2009 r.; K. Rybiński, Mamy szansę na złotą dekadę, „Polska. The Times” z 24–25 października 2009 r.; J. Bielecki, Polska najlepiej potrafiła wykorzystać ostatnie 20 lat, „DGP” z 18 listopada 2009 r.; J. Cieński, Duma z sukcesu, „DGP” z 18 listopada 2009 r.; J. Cieński, S. Wagstyl, Polska wykazała odporność, „DGP” z 18 listopada 2009 r.
5 M. Król, Nowy ład w pokryzysowym świecie, „DGP” z 3 lipca 2009 r.
 
państwa pod kątem najlepszego zaspokajania potrzeb obywateli. Po trzecie,
potrzeba poszukiwania poparcia społecznego dla niezbędnych zmian. Po czwarte,
szanse na ukształtowanie w Polsce społeczeństwa wiedzy. Dla powodzenia całości
trzeba uprzednio, jego zdaniem, dobrze rozumieć samych siebie i „prawidłowo rozpoznawać kluczowe dla naszej przyszłości elementy tożsamości”6.
Szczególnie destrukcyjny z tego punktu widzenia był spór pomiędzy dwiema
głównymi partiami, którego natężenie przypominało zimnowojenną konfrontację
po II wojnie światowej. Źródłem jego ostrości był brak akceptacji przez partię opozycyjną
i pochodzącego z jej szeregów prezydenta dla istniejącego porządku polityczno-
społecznego. Zdaniem znanego ekonomisty i komentatora Waldemara
Kuczyńskiego obecny prezydent „To jest prezydent innej Polski, której nie ma,
a jego zdaniem powinna być. Misja Lecha Kaczyńskiego od początku do dziś jest
podporządkowana jednemu – dopomóc bratu i ich wspólnej partii w destabilizacji
obecnego porządku, w pozbawieniu go, jak to tylko możliwe, legitymacji społecznej,
w zniszczeniu wspierających III Rzeczpospolitą sił…”7.
Wątpliwości, czy Polskę stać na poważną politykę rozwoju, która odzwierciedla
kryjący się w Polakach potencjał oraz współgra ze światowymi tendencjami,
w tym uwzględnia szanse i zagrożenia obecne w naszym otoczeniu, biorą się z postępującej
szybko degradacji dyskursu politycznego i publicznego. Obecna polska
myśl polityczna i treść debaty publicznej sprawiają często wrażenie, jak gdyby to,
co dzieje się na świecie i bliżej nas, w Europie, Polski nie dotyczyło. Szczególnie
dotkliwa jest trywializacja publicznej debaty polegająca na zredukowaniu jej do
sensacji, niby-afer, spraw personalnych, relacji międzypartyjnych, których istotą
jest „kto kogo”. Mamy w Polsce do czynienia z tabloidyzacją polityki, procesem
dokonującym się w ślad za tabloidyzacją mediów. Politycy chętnie podchwycili tę
konwencję albo uznali, że nie ma innego sposobu na istnienie w publicznym odbiorze.
Media publiczne na nowo stały się mediami partyjno-rozrywkowymi, bądź to
prezentującymi partyjny punkt widzenia, bądź żywiącymi się „aferami”, czyli zdarzeniami,
które były przerabiane na sensacje, afery, skandale, nagonki, bijatyki czy
pospolite podglądactwo. Zdziczenie obyczajów politycznych, inspirowanie wypowiedzi
prymitywnych i knajackich w treści i tonie lub ograniczanie się do prezentowania
tych polityków, którzy reprezentowali taki właśnie poziom, zdominowało
przekaz medialny8. Poważne tematy i rozmowy były wypierane z łamów i ramówek.
Kraj gospodarczego sukcesu, ludzi pracowitych i przedsiębiorczych, był jednocześnie
krajem lichej polityki, w którym próba poważnego namysłu (jak w przypadku
premiera i niektórych ludzi z jego otoczenia) była unieważniana i ginęła pod naporem
politycznego magla i logiki „im gorzej, tym lepiej”9.
Kulminacyjnym przejawem tego zjawiska okazały się próby obchodów rocznic
ważnych wydarzeń w niedawnej historii Polski. W ubiegłym roku była to 20. rocznica
 
6 M. Kleiber, Pytania o przyszłość, „Polska. The Times” z 3–4 października 2009 r.
7 W. Kuczyński, Prezydent nie z tej Polski, „GW” z 26 maja 2009 r.
8 W. Mazowiecki, Po wielkiej wrzawie, „GW” z 6 listopada 2009 r. Autor pisze: „Gdy opadły kurz i podniecenie, widać, że przegranym ostatnich «afer» jest także polskie dziennikarstwo”.
9 M. Król, Inwazja prymitywizmu, „DGP” z 28 grudnia 2009 r.
 
pamiętnych wyborów 4 czerwca 1989 r., rocznica podpisania porozumień sierpniowych
oraz 70. rocznica wybuchu II wojny światowej, która rozpoczęła się od
napaści Niemiec na Polskę 1 września 1939 r. Wszystkie trzy, miast świecić przykładem
przemyślanej i pozytywnej polityki historycznej Polski, stały się przedmiotem
bijatyki historycznej urządzonej przez tych, którzy politykę historyczną traktują
jako oręż w wewnętrznej walce politycznej i w stosunkach z sąsiadami10. 4 czerwca,
wskutek dywersji ze strony głównej partii politycznej i związanego z nią związku
zawodowego noszącego imię legendarnej „Solidarności”, międzynarodowe uroczystości
upamiętniające doniosłość tego wydarzenia musiały być przeniesione do
Krakowa, a Polska pokazała się światu jako kraj nieumiejący szanować najświetniejszych
dat swej historii11. Dość podobnie wyglądały obchody 70. rocznicy wybuchu
wojny, które prezydent Polski pomylił z datą wejścia wojsk sowieckich do
Polski (co stało się 17, a nie 1 września). Prezydent, usiłując zapobiec rządowym
próbom poprawy stosunków polsko-rosyjskich, wygłosił na Westerplatte oskarżycielską
mowę wobec biorącego w nich udział premiera Rosji, choć ten w przeddzień
przyjazdu wykazał zrozumienie dla polskiego postrzegania wydarzeń z 1939 roku.
Aby ułatwić sobie antyrosyjską filipikę, prezydent Lech Kaczyński przeprosił Pragę
za zabór Zaolzia przez Polskę po konferencji monachijskiej. Było to o tyle kuriozalne,
że Czesi tego ani nie oczekiwali, ani nie zauważyli, sami zaś nigdy wcześniej nie
przepraszali za zajęcie Zaolzia w czasie, gdy Polska była uwikłana w wojnę z bolszewicką
Rosją12. Notabene, nawet polscy komuniści domagali się w końcowych
miesiącach II wojny światowej od Stalina, aby pozostawił Zaolzie przy Polsce. Prof.
Anatol Lieven z londyńskiego King’s College, przyglądając się ze zdumieniem polskiej
retoryce towarzyszącej obchodom rocznicy 1 września, pisał: „Polacy i inni
powinni porzucić sugestię, że Związek Sowiecki jest moralnie równy nazistowskim
Niemcom i dzisiejsza Rosja powinna to uznać. Jest to przerażająco obraźliwe dla
wszystkich Rosjan, zwłaszcza tych, którzy cierpieli pod rządami Stalina. Na takim
żądaniu nie można budować normalnych stosunków polsko-rosyjskich, lecz jedynie
wrogość między Polakami i Rosjanami. Zadaniem przywódców państw jest to
odmieniać”13.
2009 rok stanie się ważną datą w historii polskiej wojskowości. Minister obrony
Bogdan Klich skutecznie i udanie doprowadził do końca profesjonalizację polskiej
armii, co zapowiedział po objęciu swego urzędu w listopadzie 2007 r. W 2009 r.
ostatni żołnierze z poboru opuścili koszary, a wojsko stało się w pełni zawodowe
 
10 T.G. Ash, Polacy, skończcie z pretensjami (rozmowę przeprowadził D. Szreter), „Polska. The Times”
z 14–15 listopada 2009 r.
11 A. Michnik, Święto wolności, „GW” z 4 czerwca 2009 r.; A. Gielewska, G. Osiecki, M. Wójcik,
4 czerwca. Prezydent i premier oddzielnie, „DGP” z 5 czerwca 2009 r.; T. Mazowiecki, Brońmy się przed
brakiem pogody, „GW” z 6–7 czerwca 2009 r.
12 P. Machcewicz, W okopach pamięci, „GW” z 27 sierpnia 2009 r.; M. Graczyk, A. Gielewska, Rocznica
w cieniu Rosji, „DGP” z 1 września 2009 r.; N. Davies, Putin tkwi umysłowo w ZSRR, ale powiedział
i tak dużo (wywiad przeprowadził M. Stasiński), „GW” z 2 września 2009 r.; K. Katka, R. Grochal, Spacer z Putinem, „GW” z 2 września 2009 r.; L. Kaczyński, Katyń był zemstą, oraz W. Putin, Niech Europa potępi Monachium, „GW” z 2 września 2009 r.; P. Wroński, Westerplatte. Siedemdziesiąt lat później, „GW” z 2 września 2009 r.
13 A cool-headed look at 1939, „International Herald Tribune” z 4 września 2009 r.
 
i osiągnęło planowaną wielkość 100 tys. żołnierzy. Teraz armię czeka proces jej pełnej
profesjonalizacji (przemiany żołnierza zawodowego w zawodowca, specjalistę
w swojej dziedzinie żołnierskiego rzemiosła). Powodzenie tego procesu w niemałym
stopniu będzie zależeć od budżetu przeznaczanego na modernizację i szkolenie,
budżetu, który doznał poważnego uszczerbku w rezultacie problemów finansowych
od końca 2008 r. Profesjonalizacja sił zbrojnych to rzadki przykład udanej reformy
przeprowadzonej dzięki politycznej determinacji właściwego ministra i rzetelnemu
wykonaniu zadania przez podległych mu wojskowych i urzędników14.
 
Sprawa miejsca Polski w świecie czy w Europie w kontekście nowych zjawisk,
które zarysowały się w ciągu ostatnich dwóch–trzech lat, słabo interesowała polską
klasę polityczną. W większym stopniu zajmowali się tym eksperci i komentatorzy.
Politykę zagraniczną w 2009 r. zdominował jednak problem instalacji w naszym
kraju bazy amerykańskiego globalnego systemu obrony antyrakietowej. Prawicowi
politycy oraz prezydent Lech Kaczyński, a także kibicujące im media, traktowali tę
sprawę jak polskie „być albo nie być”15. Na szczęście rząd zachowywał tutaj „siłę
spokoju”16. Aż do chwili ogłoszenia przez administrację Obamy decyzji o racjonalizacji swego podejścia do systemu Missile Defense polska debata w tej sprawie
graniczyła z histerią. Dzień 17 września – moment przekazania władzom w Polsce
decyzji o zmianie planów – był przez niektórych porównywany do wydarzeń historycznych
z 1939 r.17 Świadczyło to tyleż o politycznym infantylizmie, ile o upartej
ignorancji w odniesieniu do istoty tego systemu, który w najmniejszym stopniu
nie był pomyślany jako środek zwiększający bezpieczeństwo Polski. Zwolennicy
tak zwanej tarczy zachowywali się jak dzieci, którym Święty Mikołaj nie przyniósł
obiecanego i długo oczekiwanego prezentu, choć one same nie miały zielonego pojęcia,
czym jest ten prezent. Jedynej jego funkcji upatrywali w tym, że oprócz zaspokojenia
życzeń Waszyngtonu (opcja serwilistyczna), dzięki niemu będą mogli
demonstrować gest Kozakiewicza wobec Rosji. Zamiast ulgi i satysfakcji z tego,
że ów strategiczny megahumbug zagrażający polskim interesom poniósł fiasko18,
środowisko prezydenta RP rozpoczęło festiwal oskarżeń, iż arcyważny dla Polski
projekt upadł, ponieważ rząd Donalda Tuska niewystarczająco się starał o jego
 
14 B. Klich, Mamy 100 tysięcy żołnierzy. W naborze pomógł nam kryzys (rozmowę przeprowadził
G. Osiecki), „DGP” z 22–24 stycznia 2010 r.
15 Np. B. Węglarczyk, Nie rzucaj tarczy, Obamo, „GW” z 17 lipca 2009 r.
16 Zob. wywiad premiera D. Tuska: Polski nie stać na powrót PiS (rozmawiali J. Kurski, Ł. Łapiński,
R. Grochal), „GW” z 17–18 paździrnika 2009 r.
17 17 września 2009 r. amerykańska misja dyplomatyczna przekazała władzom w Polsce decyzję władz
USA o odejściu od projektu Busha. Stało się to właśnie 17 września, dlatego że oficjalny Waszyngton dowiedział się o przecieku do mediów, które miały ogłosić tę decyzję, zanim zrobi to rząd USA. Amerykanie woleli, aby Polacy dowiedzieli się o tym od przedstawicieli rządu niż z amerykańskiej prasy. Niektórym politykom w Polsce nie przeszkadzało to twierdzić, że Waszyngton zrobił to celowo, aby upokorzyć rząd Tuska.
18 Z. Brzeziński, Może i lepiej bez tarczy (rozmawiał M. Bosacki), „GW” z 19–20 września 2009 r.;
R. Kuźniar, Szczęśliwe fiasko nieszczęsnej tarczy, „DGP” z 21 września 2009 r.; idem, Święty Mikołaj i dzieci, „Polska Zbrojna” z 15 października 2009 r.
 
realizację w Polsce19. Jedynym błędem rządu było podpisanie pod presją prezydenta
Kaczyńskiego oraz Waszyngtonu umowy o lokalizacji bazy w sierpniu 2008 r., czego
prestiżową konsekwencję musiał ponieść rok później. Próbą powetowania sobie
tej porażki były starania o przyjazdy z Niemiec do Polski amerykańskiej baterii rakiet
typu Patriot (od wiosny 2010 r.), jednak jej znaczenie dla bezpieczeństwa kraju
byłoby czysto dekoracyjne. W zamian za MD w biznesowo-ideologicznej wersji
G.W. Busha administracja Obamy zaproponowała Polsce udział w nowej wersji systemu
antyrakietowego, stanowiącego obronę przed rakietami krótkiego i średniego
zasięgu, który byłby budowany w drugiej połowie nadchodzącej dekady. Nowy system
miałby być częścią obrony antyrakietowej NATO. Biorąc pod uwagę niepewność
rozwoju zagrożeń tego rodzaju w przyszłości, trudno przesądzić w tej chwili,
czy budowa systemu według harmonogramu i konfiguracji proponowanej obecnie
przez Waszyngton dojdzie do skutku.
Szczęśliwe fiasko nieszczęsnego projektu stało się w Polsce zarzewiem dla debaty
o stosunkach polsko-amerykańskich, o miejscu Polski w polityce USA i odwrotnie.
Dla wcale niemałych kręgów polityczno-ekspercko-opiniotwórczych, które
można zbiorczo określić jako „sieroty po Bushu”, zmiana symbolizowana decyzją
o odejściu od MD graniczyła z narodową katastrofą. Rzadziej dostrzegano w tym
szansę na pożądaną, gruntowną europeizację polskiej polityki i polskiego miejsca
na świecie, a także na osiągnięcie dorosłości tej polityki, która nie musi już kurczowo
ściskać rączką ręki „najsilniejszego chłopaka z naszej ulicy”. Pewnym pozytywnym
rezultatem zmian i decyzji, do których doszło w Waszyngtonie, jest ustanie
prób wykorzystywania Polski, naiwności i kompleksów jej polityków, dla amerykańskich
celów, które nie były zbieżne z naszymi interesami. Mówił o tym Zbigniew
Brzeziński: „Nie ma specjalnej, odrębnej strategii amerykańskiej w stosunku do
Polski. Nie ma też, co istotne, tendencji do koniunkturalnego wykorzystywania polskich
resentymentów geopolitycznych, co miało miejsce za czasów administracji
Busha. Wydaje mi się, że szczególnie w jej końcowym okresie była tendencja do
subtelnego wykorzystywania polskiego nastawienia do Rosji w celu uzyskania pozytywnej
reakcji Warszawy dla tarczy i związanej z nią strategii amerykańskiej”20.
Próba dorosłości w relacjach z USA nie znajdowała potwierdzenia w polskim
stosunku do wojny w Afganistanie. Polski rząd nie potrafił zająć samodzielnego
stanowiska wobec wojny, która za sprawą błędnej strategii USA i nie do zaakceptowania
wielkiej liczby ofiar cywilnych stawała się złą wojną, wojną, której Sojusz
 
19 W. Waszczykowski, To Tusk nie chciał tarczy (rozmawiali M. Majewski, P. Reszka), „Dziennik” z 28
sierpnia 2009 r.; B. Węglarczyk, Krótki i tragiczny żywot tarczy antyrakietowej w Polsce, „GW” z 5–6
września 2009 r.; idem, Życie po tarczy, „GW” z 18 września 2009 r.; Z. Lewicki, Jeszcze zapłacimy za
brak amerykańskiego wsparcia, „DGP” z 21 września 2009 r.; W. Waszczykowski, Obyśmy dostali kolejną szansę, „Rzeczpospolita” z 6 października 2009 r.
20 Z. Brzeziński, Krach pewnych złudzeń (rozmowę przeprowadził P. Gillert), „Rzeczpospolita” z 18
września 2009 r.; A. Bilski, Amerykanie bajają, a my wierzymy, „GW” z 7 października 2009 r.; M. Bosacki, USA–Polska. Koniec romansu, „GW” z 31 sierpnia 2009 r. (autor, zaangażowany w budowę „specjalnych stosunków” USA–Polska, powinien był raczej napisać o końcu złej miłości); idem, Już nie kochamy Ameryki, „GW” z 10 września 2010 r.; R. Kuźniar, Z USA blisko i bez nadgorliwości, „GW” z 23 października 2009 r.
 
Atlantycki nie powinien toczyć. Przedmiotowe traktowanie sojuszników przez administrację
Obamy w tym kontekście przejawiło się zwłaszcza w sposobie przygotowywania
nowej strategii, która w istocie stała się kontynuacją starej, z jedyną
różnicą, polegającą na wysłaniu dodatkowej liczby żołnierzy i wzmożeniu działań
militarnych. Do prac nad „nową” strategią nie dopuszczono sojuszników, którzy
mają tam od lat swoje oddziały wojskowe i których żołnierze tam giną. Pomimo
to Polska pospiesznie odpowiedziała pozytywnie na apel Obamy o zwiększenie naszego
kontyngentu. Według danych ONZ w Afganistanie w wyniku wojny ginie
rocznie tyle dzieci, ile jest dni w roku. Tymczasem postawa Polski i NATO jest
całkowicie pozbawiona kontekstu moralnego, a operacja kontynuowana w sposób
ukazujący nadrzędność czynnika militarnego (logiki wojskowej) nad czynnikiem
politycznym21. Skoro Polska nie ma żadnych interesów bezpieczeństwa czy gospodarczych
w tym kraju (trzeba z naciskiem podkreślić, że wbrew formułowanej argumentacji
nie ma), ani też nie ma żadnego wpływu na strategię tej operacji, powinna
zacząć wycofywać się z udziału w tej wojnie22. I zrobić to, jak w przypadku wojny
irackiej, w planowy i z góry zapowiedziany sposób. Jedynym argumentem za pozostaniem
Polski w tej wojnie jest potraktowanie jej jako poligonu szkoleniowego
dla naszych sił zbrojnych. Nie jest to jednak dobry argument. Zmasowana ofensywa
ok. 25 tys. ciężkozbrojnych żołnierzy USA i ich sojuszników przeciwko mniej więcej
tysiącowi rebeliantów w rejonie miasta Mardża w prowincji Helmand (przełom
stycznia–lutego 2010) przebiegała ponownie pod znakiem ataków rakietowych na
ludność cywilną. To niecywilizowany sposób prowadzenia wojny i Polsce nie wolno
w takiej wojnie uczestniczyć.
Pośród innych zasługujących na uwagę elementów polskiej polityki zagranicznej
i bezpieczeństwa w ostatnim roku należy wskazać na rządowe próby odbudowy
normalnych stosunków z Rosją (torpedowane mniej lub bardziej skutecznie przez
prezydenta L. Kaczyńskiego)23. Ważną rolę w tym procesie odgrywa wspólna komisja
ds. trudnych, której po stronie polskiej przewodniczy wykazujący dużo uporu
i inicjatywy prof. Adam D. Rotfeld. Należy także do nich postawienie na pozytywny
realizm w stosunkach z Ukrainą, co jest zresztą jedyną rozsądną opcją po zwycięstwie
Janukowycza w wyborach prezydenckich, doprowadzenie do inauguracji
Partnerstwa Wschodniego UE oraz inicjatywa odnosząca się do Europejskiej (od
wejścia w życia Traktatu Lizbońskiego) Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony,
którą Polska skierowała najpierw pod adresem Francji. Chodzi o tak zwaną propozycję
z Chobielina (Chobielin to miejscowość niedaleko Bydgoszczy, znajduje się
tam kupiony i odnowiony przez Radosława Sikorskiego dworek, w którym minister
podejmuje czasem swoich zagranicznych odpowiedników). Propozycja chobielińska
 
21 Np.: Gen. W. Skrzypczak, Tę wojnę musimy wygrać, „DGP” z 30 września 2009 r. (typowy przykład
„szewca, który ocenia powyżej kopyta”).
22 Z. Dąbrowska, I. Dudzik, Rząd analizuje, co dalej z polską misją w Afganistanie, „DGP” z 24 września
2009 r.; J. Bielecki, Cztery kolejne lata na froncie, „DGP” z 4–6 grudnia 2009 r.; R. Kuźniar, My mamy
zegarki, oni mają czas, „Polityka” z 15 sierpnia 2009 r.
23 K. Wronowska, Putin spokojnie i powściągliwie oraz I. Dudzik, Kaczyński twardo skrytykował Rosję,
„Dziennik” z 2 września 2009 r.; P. Wroński, K. Katka, M. Sandecki, Pogodnie na sopockim molo, „GW”
z 2 września 2009 r.
 
przekazana ministrowi Kouchnerowi, zmierza do operacjonalizacji CSDP w nowych
warunkach, co można by najpierw przetestować we współpracy bezpieczeństwa
i obronnej obu państw. Paryż podjął polską inicjatywę, uznając ją za szansę na
rewitalizację europejskiej obrony, która weszła w stan marazmu, podobną do wspólnej
deklaracji Chiraca i Blaira z St. Malo z grudnia 1998 r. Choć chwalebny był brak
zadęcia i silenia się na lokalną mocarstwowość24, naszej polityce zagranicznej brakowało
jednak wspólnej wizji scalającej w odniesieniu do Europy czy nawet świata,
w sensie kształtu porządku międzynarodowego, w którego budowie w ramach
UE chcielibyśmy uczestniczyć. Wskazywał na to w świetnej Rozmowie na XX-lecie
prof. Aleksander Smolar: „Aby Polska mogła zająć w Unii pozycję naprawdę istotną,
musi mieć koncepcję, własną wizję dla Europy i myśleć w kategoriach: my
Europejczycy, a nie tylko: my Polacy. Jesteśmy od paru lat członkami Unii, ale ciągle
nie mamy poczucia przynależności. Nie można ograniczać polityki europejskiej
Polski do walki o różne koncesje pod hasłami solidarności”25. Jest tak nadal pomimo
podkreślanej przy okazji piątej rocznicy naszego członkostwa w UE satysfakcji
z tego faktu i świadomości jego wyjątkowego znaczenia dla kondycji Polski po
zimnej wojnie26.
 
W 2009 r. doszło natomiast do pewnej poprawy, po żenujących incydentach
w 2008 r., pod względem przejrzystości formułowania i realizacji polskiej polityki
zagranicznej. Stało się to za sprawą orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, który
na wniosek rządu rozpatrzył sprawę kompetencji prezydenta RP w tym zakresie.
W wyroku wydanym 20 maja 2009 r. TK potwierdził zgodnie z zapisami konstytucyjnymi
podrzędną rolę prezydenta RP w odniesieniu do polityki zagranicznej
i imperatyw dostosowywania się prezydenta do linii rządu27. W ten sposób położono
kres uzurpacjom prezydenta Kaczyńskiego, które czyniły polską politykę zagraniczną
niespójną i mniej skuteczną. Prezydent doznał zresztą kilku innych porażek
w tej dziedzinie. Odeszli ze stanowisk lub zostali zmarginalizowani przywódcy krajów,
na których opierał swą aktywność zewnętrzną: V. Adamkus, W. Juszczenko,
M. Saakaszwili, V. Klaus. Źródła słabości prezydenta Kaczyńskiego w tym zakresie
trzeba upatrywać w braku kompetencji merytorycznych, anachronicznej wizji
Polski i świata, zamierzonej kontestacji linii rządu wynikającej z partyjności jego
podejścia do polityki w ogóle, w tym do polityki zagranicznej.
 
To już piętnasta edycja „Rocznika Strategicznego”. Czas szybko leci.
Zaczynaliśmy jak gdyby wczoraj, a przecież była to niemal inna epoka – Polski na
dorobku, z determinacją dobijającej się do bram NATO i UE, których perspektyw
 
24 M. Wojciechowski, Polska nie jest mocarstwem, „GW” z 15 grudnia 2009 r.
25 A. Smolar, Od rewolucji do apatii (rozmowę przeprowadzili M. Janicki i W. Władyka), „Polityka” z 23
maja 2009 r. Wywiad poświęcony jest głównie analizie słabości klasy politycznej i społeczeństwa obywatelskiego oraz przyczyn braku własnej legendy III RP, choć nowa Polska na nią zasługuje. Prof. Smolar mówił m.in.: „Solidarność była pewnego typu cudem. Mam na myśli tę wielką Solidarność 1980–1981. To była równocześnie wspólnota, polityczna, społeczna, narodowa, obejmująca niemal całą Polskę”.
26 A. Michnik, Jesteśmy w domu, „GW” z 30 kwietnia–1 maja 2009 r.
27 E. Siedlecka, Szczyty raczej nie dla prezydenta, „GW” z 21 maja 2009 r.
 
otwarcia nie było jeszcze widać. Odbudowująca się politycznie i gospodarczo, ale
także w sensie moralnym po spustoszeniach czasu PRL Polska szybko stanęła na
nogi. Do tego stopnia, że w pewnym momencie straciliśmy głowę i miarę i u boku
G.W. Busha byliśmy gotowi ruszać na podbój świata, innymi słowy, do budowy nowego
wspaniałego świata. Były też inne przejawy tego kolorowego zawrotu głowy.
Na szczęście ten czas mamy za sobą, choć nie obyło się bez kosztów… „Rocznik
Strategiczny” nie tracił głowy. Był zawsze i silnie proatlantycki oraz proeuropejski.
Dlatego sprzeciwialiśmy się wojenkom toczonym przez polską klasę polityczną
przeciwko Europie oraz wojnom, które nie służyły interesom Zachodu, w tym
Polski. Wyrażaliśmy ostry protest przeciwko wojnie w Iraku, dzieleniu sojuszników
na starych i nowych, złemu użyciu siły w stosunkach międzynarodowych, lekceważeniu
prawa międzynarodowego, tromtadracji i chciejstwu w stosunkach z ważnymi
sąsiadami. Czyniliśmy tak na podstawie rzetelnej analizy oraz zawierającej wymiar
moralny oceny. Kierujemy się tu dyrektywą, którą sformułował dekadę temu John
Polanyi: „zdolność do dostrzegania prawdy tkwi nie w inteligencji, lecz w poczuciu wartości”. Mamy satysfakcję z pożytku, jaki znajdują w lekturze „Rocznika”
jego Odbiorcy, od studentów, przez środowisko eksperckie, w tym naszych kolegów
z branży akademickiej, po kręgi polityczne. Cieszą nas także krytyczne recenzje,
świadczą bowiem o tym, że docieramy ze swoim przesłaniem do myślących inaczej,
również tych, którzy obecność wymiaru etycznego w ocenie traktują jako zbędne
emocje. Mylą się w tym punkcie. Czasem żałuję, że koncentracja krytyki na moich
poglądach, wyrażanych w pierwszej części „Rocznika”, tak bardzo wyczerpuje znanych
z analitycznego chłodu ekspertów, że już nie potrafią w należytej formie dotrzeć
do kolejnych rozdziałów i docenić ich analitycznej rzetelności oraz rozległości
wiedzy, którą polski Czytelnik otrzymuje za pośrednictwem „Rocznika”.
Przypomnijmy, że nadal jesteśmy jednym z trzech wydawnictw tego rodzaju
w Europie, oprócz brytyjskiego „Strategic Survey” i francuskiego „RAMZESA”.
Kiedy startowaliśmy w połowie lat 90., oba te roczniki były dla nas niedoścignionym,
mogłoby się wtedy zdawać, wzorem. Dzisiaj nie mamy powodu do tego rodzaju
postawy. Przeciwnie, w ostatnich latach to porównanie wypada na naszą korzyść.
Wątpiących zachęcam do sprawdzenia moich słów. Jest tak zarówno dzięki znakomitemu
stałemu zespołowi Autorów „Rocznika” (piszących część główną), jak
i jego wybitnym Gościom, chętnie przyjmującym zaproszenie do napisania tekstu
dla „Rocznika”, czego świadectwem jest obecne wydanie. „Rocznik Strategiczny”
wiele zawdzięcza Fundacji Studiów Międzynarodowych i Instytutowi Stosunków
Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, które są fundamentem naszej
pracy. Ogromne podziękowania w tym miejscu składam szefom obu instytucji, dr.
Wiesławowi Lizakowi i prof. Edwardowi Haliżakowi, którzy darzą „Rocznik” specjalnymi
względami i zapewniają mu analityczną oraz intelektualną niezależność.
Podobny stosunek, który wyraża się w nadzwyczajnej staranności, wyrozumiałości
i serdeczności w toku pracy nad „Rocznikiem”, wykazuje Zespół pod kierunkiem
Pani Redaktor Anny Raciborskiej i Wydawnictwo Naukowe „Scholar”.
Z okazji piętnastej edycji zamieszczamy pełną listę wszystkich Autorów
„Rocznika” od pierwszego wydania. Ponadto znajdą Państwo w „Roczniku” tekst
naszej nowej koncepcji strategicznej Sojuszu Atlantyckiego, przygotowanej wspólnie
z zaprzyjaźnionym zespołem Instytutu Studiów Strategicznych z Krakowa.
Niezmiennie zachęcam do lektury. Zachęcam z pełnym przekonaniem – warto!
Liczymy na zainteresowanie „Rocznikiem” oraz na przekazywanie wszelkich pomysłów
czy uwag krytycznych, które pozwolą nam go ulepszać w następnych latach.
Roman Kuźniar, 1 marca 2010 r.
 
PS. Już po zakończeniu prac nad „Rocznikiem” do nas wszystkich dotarła dramatyczna
wiadomość o katastrofie lotniczej, w której śmierć poniósł Prezydent
RP Lech Kaczyński wraz z Małżonką. Razem z nim w tym samym samolocie
zginęło wielu wybitnych przedstawicieli życia państwowego i publicznego,
w tym ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, parlamentarzyści,
najwyżsi dowódcy sił zbrojnych z szefem Sztabu WP gen. Franciszkiem
Gągorem. W sumie 96 osób. Zginęli pod Smoleńskiem w drodze na uroczystości
70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Państwo polskie poniosło niepowetowaną stratę.
W sferze, którą reprezentuje „Rocznik”, szczególną wyrwą jest śmierć gen.
F. Gągora, pierwszego żołnierza Rzeczypospolitej, który w rzadki sposób łączył
wielką wiedzę, wszechstronne doświadczenie, niewyczerpaną energię, wysoką
kulturę osobistą ze strategiczną roztropnością – tej ostatniej nierzadko brakowało
politykom.
 
Smoleńska tragedia stała się natychmiast źródłem trudnych niekiedy pytań.
Jaki będzie jej wpływ na życie polityczne i publiczne, na obyczaje w tej sferze
i sposób uprawiania polityki? Jaki będzie jej wpływ na politykę polską i na stosunki
zewnętrzne RP? Może tak jak mord w Katyniu podzielił Polskę i Rosję
na tak długo, tragedia w drodze do Katynia siedemdziesiąt lat później zbliży
nasze narody? Jest wreszcie pytanie o bezpieczeństwo. Jak mogło dojść do bezprecedensowego w dziejach lotnictwa cywilnego wypadku, który pochłonął tak
wielką liczbę wysokich przedstawicieli życia państwowego? Jak mogło dojść
do tego, skoro już od wielu lat otrzymywaliśmy sygnały, że nieliczne samoloty,
którymi latają najwyższe osoby w państwie, nie spełniają standardów i zbyt
często ulegają awariom? Kupno nowych samolotów było przedmiotem deliberacji
od 15 lat! Dlaczego rozwinięty kraj, który kupuje 48 samolotów myśliwskich
za niemal 5 mld USD i bierze udział w kosztownych operacjach wojskowych
w Iraku czy Afganistanie, nie potrafi wydać 200 mln USD, aby zapewnić
bezpieczne latanie swoim przywódcom? To jest sprawa rozumienia bezpieczeństwa
państwa i należytej alokacji środków. Z drugiej strony eksperci zwracają
uwagę, że katastrofa zaczęła się już w Warszawie od zaproszenia na pokład
jednego samolotu tak wielkiej liczby wysokich urzędników państwowych i czołowych
uczestników życia politycznego…

Prawa autorskie zamieszczonych na stronie materiałów (teksty, fotografie, grafiki i wszelkie inne) należą do ich właścicieli.

TO CZEGO POTRAFI DOKONAĆ INNY CZŁOWIEK - POTRAFIĘ DOKONAĆ I JA
"Obcując z potworami, uważaj abyś nie stał się jednym z nich, bo kiedy patrzysz w otchłań, otchłań może patrzeć w ciebie" – Dante Alighieri (1265-1321)

"Ludzie nie mają pojęcia o sile oddziaływania na innych, nie tylko fizycznego, ale duchowego... możesz kogoś powalić na ziemię waląc go pięścią, ale siłą umysłu można unicestwić..." - Graham Masterton (Wizerunek zła)

"Imagination is more important then knowledge"
- A. Einstein (1879-1955)

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=